niedziela, 28 marca 2010

Nie znasz dnia ani godziny (Malwina Mus)

Koniec świata to jednak poważna sprawa. Tu nie pomogą zwolnienia lekarskie, znajomości we wpływowych kręgach, rozbrajające zdolności retoryczne czy najlepsze nawet ubezpieczenia na życie. Na nic zda się poniemiecki bunkier, kołdra termiczna i zapas leków homeopatycznych. Gdy nad miastem zawiśnie olbrzymi neon z napisem: „APOKALIPSA”, będziesz zmuszony zastosować się do zaleceń skrzydlatych służb porządkowych. Przypomnisz sobie zapewne z nutką goryczy o wszystkich sprawach, których załatwienie odwlekałeś w czasie. Przed oczami staną Ci twarze osób, którym nie wyjaśniłeś wielu problemów, nie wyznałeś ogromu uczuć. Rozpoczniesz gorączkową bieganinę pośród ognistego deszczu i zionących chłodem czeluści, by naprawić, co zepsute; domknąć, co odemknięte. Na wszystko będzie już za późno, bo akta Sądu Najwyższego dawno zostaną sporządzone i nie będzie opcji wnoszenia poprawek. Szczęśliwcy z uśmiechem na ustach pomaszerują na prawo. Z lewej zaś strony da się słyszeć przejmujący płacz i zgrzytanie zębów. Do takiej wizji końca świata przyzwyczaiły nas rozmaite teksty kultury — apokalipsa przyjdzie niespodziewanie, ale na pewno z rozmachem, przytupem, pompą i błyskawicami. Z całą pewnością natomiast poczujemy, że straciliśmy kontrolę nad własnym życiem i od tej chwili nic już nie będzie zależało od nas. Jeśli sens końca świata ograniczyć do powyższej konstatacji, okaże się, że apokalipsa przydarza się nam na co dzień, w formie wielce niepozornej i niebudzącej podejrzeń.

Koniec naszego osobistego świata możemy sobie zafundować sami. Jedną z form takiej perwersji jest postawa, którą za Kuczokiem nazwę „sennością”. W książce pod takim właśnie tytułem (doczekała się ekranizacji!) autor przedstawia sylwetki trojga osób, którym życie przecieka przez palce. Jedna z nich to Adam — młody doktor nauk medycznych, który pragnie spełnić oczekiwania rodziców. Ci z kolei zapewniają mu byt materialny w niełatwym okresie zawodowej inicjacji oraz stawiają z myślą o nim dom w rodzinnej miejscowości. Ich wizja jest prosta i — w zamyśle — wiodąca do szczęścia: dorobić się w mieście, znaleźć „rasową kobitę”, założyć rodzinę, osiąść na wsi i wieść przykładny żywot. Niestety, życiowe wybory Adama odbiegają od marzeń jego rodziców. Przez długi okres chłopak stara się nie mówić głośno o swoich pragnieniach, by nie robić im przykrości. Zapada jednak w senność — jego życie staje się schematyczne, zdeterminowane przez okoliczności zewnętrzne, pozbawione radości i perspektyw. Bohater żyje asekuracyjnie, bezpiecznie i pogrąża się w marazmie. Dopiero gruntowna rewolucja i bolesny sprzeciw wobec rodziców (trudny tym bardziej, że przecież chcieli dobrze) 
pozwalają wybudzić się letargu i z całych sił realizować własny, niełatwy model życia.

Pomyśl, ileż to razy rezygnowałeś z ryzykownych decyzji na rzecz spokojnego życia, nad którym jednak wcale nie Ty sprawujesz kontrolę! Poprzestawanie na małym, ale przychodzącym bez trudu — usypia i czyni zależnym od innych. Takie ubezwłasnowolnienie to dobrowolne skazanie własnego świata na zagładę. Nie chcę wszczynać masowych rozruchów, ale poddaję tę kwestię pod refleksję!

Aby zamknąć usta głośnym pochodom i manifestacjom, które po zakończeniu poprzedniego zdania wszczęły okupację mojego mieszkania, dzierżąc transparenty: „Libertynka”, dopisuję kolejny akapit. O ile stan uśpienia można nazwać postawą ascetyczną, o tyle kolejną formą brnięcia ku końcu świata byłby hedonizm. Oczywiście specyficznie rozumiany. Wśród namiętnych klubowiczów, ideologów imprez, piewców bezpruderyjności często spotkać można osoby, którym życie nastawione na czerpanie przyjemności nie daje szczęścia. Są to zagubieni wrażliwcy, których wzniosłe i czyste wyobrażenia o świecie zostały brutalnie zweryfikowane przez rzeczywistość. Ze stada jurnych samców i ponętnych samic odciągnijmy na bok dowolną żeńską sztukę i nazwijmy ją Klara. Jak długo nasza królica doświadczalna można bronić zasad społecznie postrzeganych jako anachroniczne? Po pewnym czasie zmęczy ją własna donkiszoteria i da się porwać rubaszno-buńczucznemu nurtowi życia. Idąc za przykładem innych, rozpocznie sukcesywną realizację kolejnych przyziemnych pragnień. Uzyskanego w ten sposób substytutu satysfakcji nie zwieńczy szczery, spontaniczny uśmiech, ale co najwyżej niekontrolowany grymas twarzy. Odurzona i wreszcie zaspokojona Klara wyszepcze sama do siebie: „Bez sensu...”. Tak, tak, na próżno doszukiwać się sensu w życiu nastawionym wyłącznie na przyjemność. Tak wykreowany świat daje doraźne poczucie przynależności, akceptacji, wyklucza pojawienie się nudy, wytrąca z marazmu i opieszałości. To wszystko jest jednak czasowe i wirtualne. Po spektakularnej obronie magisterki i żywiołowym jej oblewaniu praca się nie pojawi, towarzysze zabaw rozpierzchną się po kraju i systematyczny proces rozkładu świata dobiegnie końca. Bez sensu!

Tymczasem poszukiwanie sensu wcale nie musi skazywać na nudny żywot wiecznego naiwnego dziewczęcia. Nasza Klara ze swoim dekadenckim usposobieniem może funkcjonować w świecie bez zasad i czerpać z niego przyjemność, pozostając jednak wewnętrznie wierna swoim ideałom. Zdolność mimikry, tak ceniona we współczesnych stadach, pozwala zdobyć akceptację, ale też wznosić wielopoziomowy gmach własnej egzystencji — jeśli zawali się jedna z kondygnacji, pozostają jeszcze inne. Ważne, by zachować dbałość o stabilność fundamentów.

Jak mówi Pismo, nie możemy być pewni dnia ani godziny końca świata. Deszcz ognistych meteorytów i trzęsienie ziemi przy akompaniamencie archangielskich trąb mogą nadejść w każdej chwili. Tak rozumiana kolektywna apokalipsa może też się wcale nie przydarzyć. Może każdego z nas czeka jego osobisty, cichy koniec świata. Tak niepozorny, że nie zauważysz, kiedy nadejdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz