sobota, 20 marca 2010

Początek końca i koniec początku (Michał Tomzik)

Od dłuższego już czasu krąży mi w głowie pewna myśl. Zastanawiam się czym może być koniec? Jaka jest jego natura? Czy jest on ostatecznym kresem naszego istnienia? A może jedynie pewnym niepojętym, mistycznym przejściem do innej, być może lepszej przestrzeni…Zapewne te pytanie nurtują większość z nas. Jednak pewności mieć nie możemy, a tym samym jasna odpowiedzi, nie jest nam dana.


A co z końcem świata? Jak można go sobie wyobrazić? Wydaje mi się, że dotykamy go nieustannie, każdego dnia, choć może nieświadomie. Przecież śmierć, która jest obecna, nieuchronna i zewsząd nas otacza, jest naturalnym końcem świata. Gaśnie iskra i kończy się świat. Wprawdzie ten materialny, cielesny, ale jednak…Czy zatem warto z głową wyciągniętą ku niebu, ze wzrokiem niepewnym, skupionym, wypatrywać spadającej komety? Z obawą oczekiwać ostatecznego kataklizmu, misternie odcinając kolejne, upływające dni z kalendarza? A może zbyt powierzchownie patrzymy na problem końca świata, który coraz bardziej spłycany, staje się symbolem kiczu i tandety – tania rozrywka dla zaszczutej gawiedzi. Myślę, że współczesny człowiek konsekwentnie rozmywa, zniekształca wszystkie te kwestie, które wiążą się z przemijaniem. Choroba, starość, kruchość życia i jego kapitulacja względem śmierci. Nie, to w żaden sposób nie wpisuje się w przyjęty kanon obyczajowy, który lansuje obraz życia, jako symbol luksusu, zdrowia, wiecznej, nieprzemijającej młodości. Usuwa się gdzieś w cień istotę życia, z którym związane jest trwanie i przemijanie. To naturalny, odwieczny cykl, z którym człowiek, z niezrozumiałych przyczyn, próbuje się zmagać, odsuwając w czasie to, co nadejść musi, co konieczne i pewne. A zatem koniec jest integralną częścią początku. W nasze życie, wkrada się jednak bezrefleksyjność, miałkość odczuć.

Ale mimo, że tak jest, problem dalej pozostaje. Puka uporczywie w naszą zrogowaciałą duszę, nie dając jej tak bardzo upragnionego spokoju. A co jeśli pewne funkcje życiowe zachodzą, ale wydaje nam się, że już od dawna nas nie ma, nie żyjemy? Czy jest możliwe, aby istnieć i nieistnień jednocześnie? Myślę, że wiele osób przeżywa swój własny koniec świata tu i teraz. Żyją wprawdzie dla świata, ale umarli w sobie. Brak pomysłu na życie, własnej inwencji. Zanikają doznania i czyste emocje. Totalna apatia, niemoc. Uczucie jałowości i przytłaczającej bezcelowości trwania w świecie. Wówczas życie staje się lepkie, bez wyrazu. Barwy tracą swoją ostrość, a przedmioty i osoby swój pierwotny kształt. To jest właśnie ten intymny, prywatny koniec świata. Czasem nie słyszymy już wołania drugiego człowieka o pomoc. Wołania, które bardzo często staje się dramatycznym krzykiem rozpaczy. Niezaspokojonym pragnieniem, aby ktoś wlał w serce choć odrobinę sensu życia. Dlatego właśnie myślę, że z chwilą, gdy oddajemy się przedziwnym, egzotycznym książkom, złudnym wyliczeniom, dość zabawnym obserwacjom, które określić mają kiedy rzeczony koniec świata nastąpi, gubi nam się drugi człowiek. Rozpływa się w przedziwnym tłumie ludzkich twarzy. Przestajemy go widzieć, bo wolimy gapić się w niebo, niż spuścić pokornie wzrok i rozejrzeć się dookoła siebie. Wyobrażenie o końcu świata, w konfrontacji z bolesnym, absolutnie rzeczywistym końcem świata, który dokonuje się w duszy drugiego człowieka. Może tego nie dostrzegamy, może nie umiemy…niemniej nasz brak zainteresowania często kończy się tragicznie. Myślę, że byłoby dobrze, gdyby przekuć wszechobecne dywagacje, rozmyślania o końcu świata, na konkretne, owocne działanie w granicach naszego skromnego mikroświata. Może warto zwolnić nieco tempo, przystanąć na chwilę i naprawdę rozejrzeć się dookoła siebie. Nie wykluczone, że nasza obecność, zainteresowanie i poświęcony czas, będą komuś pomocne. Brzmi to zanadto pompatycznie? Być może, ale z pewnością nie zmienia to faktu, że co 18 minut „ktoś nawleka swoją głowę na sznur”…Pomyślmy o tym, bo innego końca świata nie będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz