czwartek, 1 kwietnia 2010

Jeszcze mniejsza apokalipsa (Adrianna Smurzyńska)

„Koniec świata! Anka zerwała z Pawłem!”, „Nie zdałem egzaminu — przecież to koniec świata!”, „X prezydentem! Przecież to będzie koniec świata!” — takie wyrażenia słyszymy często. Uznajemy je za metaforyczne, bo przecież świat jakoś trwa nadal, „ziemia toczy swój garb uroczy”, a i inni ludzie jakoś nie zauważają wielkich zmian.

Pozornie.

Myślę: „koniec świata” — czym jest? Czym jest świat i czym mógłby być jego koniec? Świat można pojąć jako coś istniejącego obiektywnie, coś trwałego, na co w pewnym stopniu możemy wpływać, ale tego nie wytworzyliśmy. Mówimy też o małych światach, o tym, że każdy z nas żyje we własnym świecie. Jakoś to jeszcze można pogodzić — mamy świat istniejący obiektywnie, który każdy pojmuje na swój własny sposób. Nie jest to niczym złym, bo tak już jesteśmy uwarunkowani, tak funkcjonuje nasz aparat poznawczy. Nie chodzi o to, żeby usunąć te odrębne światy, bo się tak nie da. Bez sensu byłoby również całkowite zamknięcie się w takiej małej monadzie. Chodzi tylko (a może aż) o to, aby uczynić to wszystko intersubiektywnie komunikowalnym — mój świat się z twoim nie pokrywa, ale mogę ci o nim opowiedzieć i wspólnie dojdziemy do jakiegoś konsensusu.

Po co ja o tym wszystkim piszę? Bo dużo się mówi o końcu tego obiektywnego świata. Jedni mówią o roku 2012, inni „nie znasz dnia ani godziny”, ale w sumie zgadzają się co do tego, że kiedyś się to skończy. A co z tymi małymi światami? Zdaje się, że to do nich odnoszą się wypowiedzi przytoczone na początku artykułu.

Budujemy sobie pewien świat — system przekonań, wartości, celów i środków. Nie jest on cały czas stały — coś do niego dokładamy, coś od niego odejmujemy, ale zwykle niewiele się zmienia. Żyjemy, działamy, myślimy — i w tym swoim świecie, i w tym ogólnoludzkim.

Czy on się w takim razie może skończyć? Może. Może się zburzyć system przekonań — jedna rozmowa, jedno wydarzenie zmienia całe postrzeganie świata. To może być śmierć bliskiej osoby, ale też coś mniejszej wagi, np. wymiana zdań z przyjaciółką. Można pod wpływem niezwykłych rekolekcji zburzyć obraz Boga wypracowany przez wiele lat. Można w końcu pod wpływem choćby swoich przemyśleń zmienić patrzenie na siebie. Świat się kończy. Świat się burzy. Ale ten koniec nie jest naprawdę końcem.

Taki koniec jest naprawdę początkiem. Początkiem innego pojmowania życia, innych, Boga. Początkiem — kamieniem węgielnym, na którym trzeba zbudować nowy świat. To się zdarza raz, drugi, trzeci. Takie końce świata pojawiają się przez całe życie — czasem są łagodne, czasem burzliwe, ale zawsze coś kończą. I coś zaczynają. Dziwna to apokalipsa. Ale kto wie, jaka tak naprawdę powinna być?

To taka mała apokalipsa. Albo, żeby nie popełnić plagiatu — jeszcze mniejsza apokalipsa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz