czwartek, 1 kwietnia 2010

Rozmawiając z Tobą o końcu świata i o lęku (Marta Maj)

„Koniec, koniec, koniec... gdzie ten cholerny koniec?” — mamrotała nerwowo pod nosem, z klęczek zerkając na zegar nad drzwiami. Za pięć. Jak zwykle. Pewno się spóźni, korki jak nie wiem. Ale lepsze to, niż zabić się o własna sznurówkę! „No, wreszcie!” — uśmiechnęła się z satysfakcją, poprawiając krzywiznę zabawnej (jak na jej wiek) kokardki przy skórzanych trzewikach. Pewne końce przyjmujemy z ulgą lub wręcz sami ich szukamy...
Nie wiem, czy pamiętasz, Tato — ale był czas, kiedy bardzo bałam się końca. Podobno dzieci do dziewiątego roku życia nie odczuwają lęku o własne życie (drwią z niebezpieczeństwa). Mądry wynalazek ewolucji — po co hamować zbawienną w skutkach potrzebę eksploracji? A z od-podłogowej strony patrząc — po co martwic się o coś, na co ma się wpływ tak znikomy...? Czy to przypadek, że kilkulatki są najczęstszymi ofiarami bestialstwa dorosłych, którym uroiło się, że np. rodzicielstwo to nic takiego — kwestia klapsa między jednym a drugim kieliszkiem? Nie, z pewnością nie. Zatem — bardzo możliwe z tymi dziewięciolatkami. Tyś mi świadkiem, że różnica poziomu beztroski była swego czasu odczuwalna — dla Was, dla mnie.

— Aaa, wiem, o czym mowa — spojrzałeś na mnie, tym razem bez uśmiechu. Nie zdziwiło mnie to — istnieje klasa rodziców, których zaszklone (pełne świeżo nabytego lęku) oczy dziecka nie prowokują do spuszczenia lania, ale otwierają ich własne (pełne lęku uleżanego) oczy na zmianę: oto ta mała istota, wrzucona w matnię bytu, pierwszy raz dostrzega, że nie sięga stopami dna! Piękne to i podniosłe, ale...

— Żebyś ty wiedziała, jak to boli! — prychnąłeś, uwalniając całe dziejowe zatroskanie aktem odpłucnym. Zawirowało. Trzeba wytrzeć kurze przed sobotą.

— Heh, no, ja się nie dziwię, tato — skwitowałam Twoją, dziwnie mało intelektualną, ripostę. — Wyobraź sobie, co musiałam czuć, taka mała, z co wieczór kłującym sercem! To dopiero próba dla kogoś, kto do niedawna nie wiedział, po której stronie go szukać...! — udało się, uśmiechnąłeś się i otwarłeś usta, żeby powiedzieć coś mądrego.

— Proponuję zaniechać licytacji. Oboje przeżyliśmy swoje — powiedziałeś więc, wstając i odchodząc. Odchodząc?

— Tyle? — wystękałam, nie kryjąc rozczarowania.

— Heh, a na co liczyłaś, skarbie? Na złotą receptę, jak uspokoić dziecięce obawy o życie? Jak wyjaśnić nieuchronność śmierci? — mam Cię! Tak! Dobrze wiedziałeś, co chcę usłyszeć...!

— No, na przykład... — odparłam wymijająco, licząc, że nie zabrzmiałam już desperacko... Uśmiechnąłeś się przepraszająco i rozłożyłeś ręce.

— Myślałem, że więcej pamiętasz z tamtego okresu...

— Na przykład co...? — nie zrozumiałam, nie pamiętałam. Nic a nic.

— ...to, że nigdy nie usłyszałaś od nas takich wyjaśnień i uspokojeń. Nic a nic. Czasem mama, czasem ja braliśmy cię za rękę, odprowadzaliśmy do pokoju i usypiającej liczyliśmy oddechy...

— I tyle?! — nie wierzę, że mnie... że Tobie to wystarczało! Raz jeszcze uśmiechnąłeś się przepraszająco

— Kochanie, gdybym potrafił — wytłumaczyłbym ci cały świat. Twoje zalęknione oczka warte były nie godzin, ale dni i tygodni wyjaśnień...!


— ...nie potrafiłeś — dotarło do mnie. Przytaknąłeś, zakłopotany (nie wiedziałam, że taki wyraz twarzy masz w repertuarze!).



— Niestety, nadal nie potrafię. Pozostaje mi liczyć oddechy.

Kiedy teraz myślę o tej naszej rozmowie, widzę dużo sensu w tym, co było dla mnie niezrozumiałe — że Ty, moja dziecięca wyrocznia, milkniesz, zapytany o koniec. Bo chyba za dużo o tym mówimy — o końcu i o śmierci.

„Koniec świata” — wpisuję w Google — i już, szczyt głupoty — bezsenna noc na zawołanie! Bo i jak tu nie wierzyć, kiedy starożytni Majowie, Nostradamus, królowa Saba, a nawet siostra Faustyna z co drugiej strony błyskają oczami, ostrzegają i prorokują? Znaki, kalendarze, zwiastuny; układy planet, katastrofy, wizje — świat krzyczy o końcu. Pisze — to znaczy: ujawnia — scenariusze i radzi, jak się przygotować na Ten Dzień. Bardzo rzeczowo i konkretnie, jakby istniała już osobna dziedzina nauki, z dodatkową specjalizacją praktyczną! Co jakiś czas trafia się profeta, który przemawia w sposób na tyle... profetyczny, że trudno jego słów nie odnieść do rzeczywistości — no i koniec świata gotowy. I kolejny. I jeszcze jeden. A czemu by nie...?

Właśnie, czemu nie? Komu to szkodzi? Czy to nie pozytywnie motywujące — wierzyć, że koniec jest bliski? Kaznodziejski w wydźwięku cytat: „Żyj tak, jakby każdy twój dzień miał być tym ostatnim” (James) — z pozoru nie różni się zbytnio od optymistycznego „carpe diem”...

A jednak — popatrzyłam na zegar, który i u mnie zwykle wskazuje „za pięć” — kompletnie inaczej żyje się świadomie, pamiętając o niepowtarzalności i pięknie chwil, a inaczej żyje w świadomości śmierci. Bo i czego jesteśmy świadomi? Co my wiemy o niej? U kogo możemy zasięgnąć wiedzy o czymś tak intymnym i ostatnim? Czy możemy powiedzieć, że choć odrobinę znamy tę stronę... życia? Początek i koniec spowija tajemnica, a ty, Tato, nie jesteś hipokrytą. „Reszta jest milczeniem”.

Milczysz więc. I ja milczę. I tylko to tik-tak, tik-tak... Obłędna wyliczanka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz