czwartek, 2 grudnia 2010

Rozmawiając z Tobą o walce, bakteriach i zombie (Marta Maj)

Brązowe połacie solanki migoczą pod dyktando letniego dyktatora (pytanie — czy rządzi tu kiedykolwiek ktoś inny?). Pozwalają sobie czasem jedynie odbić coś więcej niż promień — warstwa olejków do opalania daje nieskończone wręcz możliwości manipulacji barwą, przebiłaby ją chyba tylko benzyna. (Na to szczęśliwie nikt jeszcze nie wpadł). A na dnie Morza Martwego są takie solne „śnieżynki” — ustrojstwo nie do pomyślenia kłuje w stopy! Zatem i martwość nie jest lekarstwem na ból istnienia!
***

Głupia sprawa. Nie do końca tak to miało wyjść. No, ale co zrobić — trzeba było Ci oznajmić, co następuje. Jeśli ktoś zasługiwał na to, by być pierwszym uświadomionym — to właśnie Ty.
— Ekhm... — zaczęłam z właściwą sobie elokwencją. Byłeś czymś wyraźnie zaabsorbowany, więc tylko musnęło mnie Twoje uśmiechnięte spojrzenie znad garnka. Tak to jest wpuścić mężczyznę do kuchni i pokazać mu parę starych jak świat sztuczek, typu gotowanie pomidorowej. „Straciłaś go” — obwieściłam z niezachwianą pewnością mamie, kiedy pierwszy raz zasiadłam nad parującą czerwoną mazią spod ojcowskiej ręki. I rzeczywiście, przez te parę ostatnich tygodni gotowa byłam się założyć, że jedynym, co sprowadzało Cię, Tato, leciutko na ziemię z plejady nowo otwartych możliwości, była męska partenogeneza — a raczej niemożliwość takowej. Widmo eksterminacji kobiet straciło złowróżbną moc, przynajmniej przez jakiś czas jeszcze byłyśmy wam potrzebne.
— Jak chcesz zagęścić, użyj mąki, nie sera — poradziłam. — Ser średnio pasuje do borowików.
Błysk nieufności szybko ukryłeś porozumiewawczym uśmiechem. Miałam Cię — teraz albo nigdy!
— Tato, musimy pogadać.
— Słucham, opowiadaj — odparłeś, bardziej do borowików niż do mnie. Stanowczo, choć delikatnie zdjęłam garnek z palnika. Fuknąłeś oburzony, ale kiedy przeniosłeś w końcu wzrok z grzybowego sosu na swoje bezczelne dziecię, roześmiałeś się — już po swojemu i ciepło.
— Wybacz, nawet nie wiesz, jak łapczywie faceci w tym wieku przekuwają swoje kryzysy na twórczość.
Parsknęłam śmiechem w tę brązową maź, nieszczególnie spokrewnioną z jakąkolwiek znaną mi formą artyzmu.
— Śmiej się, śmiej! — pogroziłeś mi łyżką (pac — na nieskażoną twórczym brudkiem podłogę...). — Ale wspomnisz moje słowa, jak zaczną się rodzić dzieci z romansów mężów koleżanek mamy z pracy!
Chwilę zajęła mi analiza Twojej złożonej wypowiedzi, ale kiedy ogarnęłam Twoją perspektywę na to nieszkodliwe kuchenne dziwactwo, spasowałam. „Do rzeczy, do rzeczy!” — powtórzyłam sobie dla odwagi i wyrecytowałam monolog szykowany od miesięcy...
— Na pewno pamiętasz, jak często ciocia Elżbieta zapraszała mnie do siebie, do Szkocji, w odwiedziny. Bo tak się składa, że rozmawiałam z nią od jakiegoś czasu i nawet załatwiłam już papierki z uczelni... — po bezgranicznie nic nierozumiejącym wyrazie Twojej twarzy poznałam, że musiałam pominąć jakieś kluczowe zdanie. No, ale przecież wiesz, o co chodzi, musiałeś się domyślać, że...
— Jadę tam studiować, tato. Do cioci, do Edynburga, na uniwersytet. Będę mieszkała u niej, powinnam dostać stypendium w ramach międzyuczelnianego porozumienia, więc kompletnie o nic nie musisz się martwić. Fajnie, co nie? — dokończyłam straszliwie łamiącym się głosem. Chwilę milczałeś, po czym spokojnie zapaliłeś gaz pod grzybami i zapytałeś, jak się pyta o zakończenie serialu sprzed godziny:
— To jest w ramach tego całego Erasmusa, młoda, hmm...? Pół roku tam i po sesji wracasz?
Z krającym się sercem i złością na siebie (mama mawia: „Nie usiedzisz w miejscu, co?”), sprostowałam:
— To nie Erasmus, tato. Zgodzili się przyjąć mnie tam na resztę studiów. Mają fantastyczne laboratoria i kupę kasy na badania, więc jeśli będzie możliwość, zostanę też na doktorat.
Nieodgadniony jest ogrom rodzicielskiej miłości. Nie sposób ją ująć w słowa, zresztą mijałoby się to z celem, bo w miłości nie o słowa chodzi. A jednak Ty trochę się temu wymykasz...
— Cieszę się, mysza — stwierdziłeś, nie wiadomo, czy mnie, czy siebie próbując przekonać. Uścisnąłeś mi dłoń i przytrzymałeś ją w swojej trochę za mocno. Chwila, dwie chwile — i wypuściłeś z uścisku, a szeroki uśmiech wstąpił na Twoją twarz. Czy kiedyś przestaniesz mnie zaskakiwać?
— Tyle, tato? Nie będzie gromienia za brak konsultacji, przemawiania do uczuć patriotycznych albo do lojalności wobec „starych rodziców”? — przecząco pokręciłeś głową.
— Rozczarowana? — mrugnąłeś. — Bo wiesz, to da się zrobić. Tylko zawołam mamę... — widząc przestrach w moich oczach, dodałeś szybko: — Żartowałem! Siadaj, pomyślimy, jak jej powiedzieć...

***

Kryzys wieku średniego, kryzys męskości, kryzys macierzyństwa... — czasem można odnieść wrażenie, że żyjemy w dobie kryzysów (z których ten ekonomiczny jest najbardziej błahy!). Bo jeśli fundamentalne kwestie, takie jak tożsamość płciowa, role społeczne i naturalne procesy, jak starzenie, są dla nas coraz częściej źródłem cierpień i katalizatorem problemów (a wiadomo, że i bez tego każdy ma ich dość) — zaczyna się robić naprawdę groźnie. Nie da się przecież zbagatelizować czy pominąć kwestii tak zasadniczych, a żeby o siebie w ich kontekście walczyć, potrzeba siły. I chęci.
Nie będę pocieszać, demonizować też nie. Takie czasy — bogatsze, bliższe poznania natury świata, bardziej tolerancyjne, hołdujące ludzkim potrzebom. Czasy rozwoju, poniekąd błogosławione. Ale poniekąd i przeklęte — bo gdzie pojawia się wachlarz możliwości, tam z definicji należy coś wybrać. A to pociąga za sobą dylematy, trud oceny opcji, ciężar odpowiedzialności... Czy nie stąd bierze się nasza fascynacja prymitywnymi kulturami, obserwowany wcale nierzadko zwrot ku prostemu życiu — domkom na wsi, tradycjom przodków, tysiącletnim religiom-staruszkom? Odetchnąć, uprościć, uspokoić zawrotny puls współczesności — stało się wyzwaniem dla tych, którzy już mogą sobie na komfort wycofania pozwolić. (I tak np. słyszymy o coraz krócej pracujących Skandynawach).
Czy tędy droga? Czy nadszedł ten moment, że aby zachować zdrowie psychiczne, musimy się o krok wycofać? Czy naprawdę jedyną radą na kryzysy jest zaszycie się w dżungli, z walącym sercem, by zły duch Nasze Czasy nie wypatrzył nas przypadkiem spomiędzy pnączy...?
Recepta na kryzysy jest w moim przekonaniu dużo prostsza (i dużo mniej romantyczna, co skazuje ją na medialną klęskę) — DZIAŁANIE! Jeżeli nadmiar opcji do wyboru to ów zamętogenny czynnik ogłupiający populację i sprowadzający lawinę kryzysów — jedyną godną postawą jest zmierzyć się z nimi, czyli podjąć decyzję. Szybko, choć nie bezrefleksyjnie. Z czytelną intencją, podporządkowaną ugruntowanej hierarchii wartości. Nawet jeśli czasem wybór miałby ściągnąć na nas widmo klęski — podchodząc odpowiedzialnie do swojego życia, jesteśmy w stanie „wliczyć to w koszty”. Zagryźć zęby. Przespać, przegadać, odpokutować — iść dalej.
Mam wrażenie, że najbardziej zatrważającym z kryzysów współcześnie jest kryzys niemocy. Bezdecyzyjności. Nijakości. Obojętności. A przecież brak wyboru to też wybór, życiowe „pas” to też ruch, obojętność to zrzekanie się cząstki siebie na rzecz... pustki. Żywot zombie.
Gdybym była zombie — też cierpiałabym kryzys tożsamości, nie mam co do tego wątpliwości.

***

Są takie bakterie, które potrafią przetrwać temperaturę ponad 200 stopni. Wylegują się w głębinach oceanów, w kominach geotermalnych. Przypuszczam, że Morze Martwe też nie jest takie martwe, na jakie się stylizuje. Uparciuchy bakterie prawdopodobnie i tam toczą bój o przetrwanie.
Ewolucja nie wyposażyła nas do walki przeciw kryzysom — pozostaje nam pokornie skłonić głowę przed tymi niezmordowanymi żołnierzami, naszymi dalekimi krewnymi. Zatem: odnajdź w sobie coś z bakterii — ŻYJ!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz