piątek, 4 lutego 2011

Moralitet na czasie (Daria Marchewka)

Niechętnie rozklejam powieki, by spojrzeć na otulone szalem ciemności drzewa. Biedactwa marzną za oknem. Wsłuchuję się w dochodzący zza ściany dźwięk zegara, który niestrudzenie wybija jednostajny rytm czasu, by ten nie zawahał się w swym kroku. Raz, dwa, trzy… Odliczam gongi zwiastujące kolejne godziny. To jak cichy tupot czasu, który próbuje dosięgnąć mnie swą lepką od potu łapką i dyszy w kark. Ta jego troska, bym i ja nie zatraciła marszowego rytmu. Czas — moja równia pochyła.
Wpatruję się w sufit… Raz, dwa, trzy, cztery… Czwarta. Nie śpię. Myślę. Nie śpię… Raz, dwa… Ze złości obgryzam paznokcie i ugniatam poduszkę. Marnuję czas! Zapalam lampkę, biorę gazetę, czytam — tak, iluzja zwycięstwa nad bezproduktywnością nocy — co przeczytałam, nie wiem. Raz, dwa… A gdyby tak zasnąć, wykorzystać ten czas na twórcze śnienie? Gdyby zasnąć albo nie spać w ogóle — wykorzystać co do joty, tak by szpilki nie wetknął już nikt, by nikt nie zarzucił, że leń, że marnujesz swój czas. Wycisnąć, wykorzystać, wykręcić, udusić… Tylko moralność nie pozwala — moralność każe grzecznie patrzeć, jak przecieka przez palce i zaplata warkoczyki z coraz bardziej siwych włosów… Będę moralną anonimową ofiarą czasu, wciąż w ukryciu poniewieraną przez… raz, dwa, trzy…
Jak nie być kolejną ze skrzywdzonych, od których pękają ekrany telewizorów, jak nie być oprawcą, którego imię zastąpił czerwony druk? Rozpoznać właściwy czas… Raz, dwa, trzy, cztery… Nauczyć się być tu i teraz. Gdzież teraz bywa, gdy śpię? Gdzie, gdy kasuję bilet i wiążę sznurówkę? Dziękuję Ci, Boże, za czas, by zmierzyć się z moim czasem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz