wtorek, 8 lutego 2011

Rozmawiając z Tobą osiem minut, dwadzieścia dwie sekundy (Marta Maj)

…balansował na krawędzi kontenera. Raz w jedną, raz w drugą stronę, chybotliwie zaznaczał granice swojego istnienia. Mordka pojawiała się to nad tuńczykową puszką, to w zabawnym kapelutku, testująca szczelność jakiejś ekotorby, to znowuż chłepcząc łapczywie resztki z jogurtowego kubka… Ale wszystkie instynkty szperacze milkną, gdy tylko na horyzoncie pojawia się ONA — szara eminencja, budząca tyle czułości, co postrachu, niepozorna dama podwórka — MYSZ! Kocia mordka przybiera momentalnie nadzwyczaj inteligentny wyraz, wąs prostuje się niczym u młodzika, a uszy (uwikłane w ekotorbę) jak radary wyłapują najmniejszy szelest. Napięcie. Skupienie. Cel… iii… skok! ...prosto pod koła trzy rozpędzonego pierwszą jazdą, szczerbatego Józefa…

***

Kolejne leniwie popołudnie. Przewracając kartki babskiego magazynu, tęsknie zaczepiałam wzrokiem królującego na półce Dostojewskiego. „Jeszcze pół godziny, wytrzymasz” — rugałam się w duchu. Nie można stale czytać tego, na co się ma ochotę — psuje się zabawę. W sumie stara prawda poczciwych braci ascetów stosowała się nie tylko do lektur.
„Jeżeli chcesz, żeby Twoje włosy nabrały nowej miękkości, spróbuj świeżego żółtka”.
„Konstruktywna kłótnia jest lepsza niż żadna rozmowa. Jeśli się kłócicie — to znak, że wciąż Wam na sobie zależy. A godzenie jest na to najsłodszym dowodem”.
„Następnie wrzuć posiekaną cebulę na oliwę i podduś lekko. Niech się zeszkli, nie zbrązowieje!”.
— …możesz wyłączać światło, kiedy planujesz drzemkę? — Twój głos zlał mi się z przepisem na gaspaccio i przez chwilę nie mogłam zrozumieć, co z tą cebulą…
— Uaaa… dzień dooobry… — wyziewałam w Twoim kierunku, przeciągając się. — Zrobiłbyś mi herbaty?
— Nie tylko tobie zrobię herbaty — zachichotałeś pod wąsem — ale i twoim gościom też!
Musiałam mieć bardzo niekonkretną minę — zawsze tak mam po drzemce, to po Tobie zresztą — bo zmieniłeś front w pięć sekund.
— No, mówiłem mamie, że to niedobry pomysł, że jeszcze za słaba jesteś! Mysza, ja ich zaraz odeślę z powrotem, nic się nie dzieje, naprawdę… Nie męcz się, nie teraz!
Na szczęście oszczędzono mi tłumaczenia powodu mojego zawieszenia oraz tego, że w zdrowiu czy w chorobie są ludzie, których wizyty z definicji nie są męczące. Zanim otworzyłam usta, ktoś nacisnął klamkę i do pokoju wpadł tabun kolorowych, rozgadanych istot.
— Jaaa… ale masz długi ten gips!
— Kiedy będziesz mogła wstać?
— Wiesz, że za miesiąc jedziemy do Pragi i nie ma, że nie jedziesz?!
Miałam ochotę ich wszystkich uściskać i udusić zarazem — środek sesji, dziesiątki kilometrów, kilowaty zmarnowanej energii… a w dodatku ja taka niekumana… Szczęście w nieszczęściu, tryb „babski magazyn” wciąż dominował w moich synapsach, a dwa kilo żywego gipsu studziło zapędy k’uczynkowe, więc zdołałam tylko zarejestrować Mamine: „Ile kaw, ile herbat?” i Twoją nadal nieprzekonaną minę („Nie martw się, ej!” — próbowałam powiedzieć, ale wątpię, żebyś mnie w tym rozgardiaszu usłyszał). A potem już tylko odpowiadałam na proste pytania typu: „Gdzie masz marker?”, „Używacie filtra na wodę?”, „A rodzeństwo w domu?” — i chłonęłam życie, które niepostrzeżenie przekroczyło smutne progi skazanego na unieruchomienie recydywisty… Dostojewski zazdrośnie łypał z półki, a ja nie protestowałam i nawet nie próbowałam go pocieszać (ha, ha, ha — okrutna ja!). Po co, skoro wiadomo, o co chodzi — o proste pytania, o zaskoczenie, o podpis na gipsie… O przyjaźń. O obecność. O czas na nią.

***

Że czas jest względny — to od wieku już średnio odkrywczy tekst. Konieczność samo-się-nasuwająca czy zuchwałość ludzka — przyszedł ten moment, kiedy (pra-?)człowiek zauważył, że zasadniczo Słońce widuje podobnie często, że gdy robi się ciemno — dobrze uciąć sobie regeneracyjną drzemkę, a kiedy znowu będzie jasno, kilka razy należy włożyć coś (jeśli jest co) do ust. Pewnie nie było jednego ojca chrzestnego doby — po co formułki, gdzie natura przemawia wystarczająco dobitnie.
Sformalizowana i odmierzana drganiami elektronów sekunda stoi dzisiaj na straży porządku publicznego. Nie da się wykręcić, że się na spotkanie nie trafiło, do pracy nie wstało, ze zleceniem nie wyrobiło — uniwersalny wyznacznik życiowej aktywności dopilnuje, by każdy był demokratycznie uświadomiony, ile z siebie powinien poświęcić na rzecz dobra wspólnego, pracując; kiedy wypada rozejrzeć się za kandydatem na małżonka; jak często odwiedzić jęczącą babcię, o której istnieniu przypomną nam kolejne mijające urodziny; oraz ile statystycznie możemy jeszcze prognozować sobie wiosen… Wygodne i pożyteczne sekundy, doby, miesiące rozporządzają nam życiem. Niepodzielnie.
…A gdyby tak nagle Ziemia zechciała przyspieszyć i z dwudziestu czterech — odebrałaby nam godzinę lub dwie? Po początkowym zamieszaniu („zegarowym dysonansie”), a przed skomplikowanym ciągiem astronomicznych obliczeń, które uświadomiłyby nam dziwaczny ten fakt, aby zdążyć ze wszystkim, spalibyśmy krócej, uczyli się intensywniej, pracowali — w zależności, czy na swoim, czy w urzędzie ;] — bardziej szaleńczo lub z mniejszym znudzeniem, a w kawiarniach dosłownie huczałoby od tych, co nie mogą się nagadać… i w końcu fizycznie mają prawo tak twierdzić ;) Godzina, dwie mniej — osobiście nie wyobrażam sobie większej tragedii. Czy to oznacza, że stałam się niewolnikiem elektronowo dokładnej sekundy?
Zaskakujący jest sposób, w jaki ludzie potrafią myśleć o czasie. Moi rodzice urządzili sobie rocznicową wyprawę do Wenezueli — poza naręczem tambylczego rękodzieła i setkami ujęć w lianach i z podszczypującymi tukanami przywieźli ogromny zachwyt miejscowym podejściem do życia i do czasu. W środku buszu ludzie są bardziej świadomi Einsteina niż w miejskiej dżungli. Czas jest względny. Jeśli umawiam się z Tobą na popołudnie, będę może o 13.00, a może o 17.00. Ty też się tym nie kłopocz. Przecież ze wszystkim zdążymy, przecież to nasze życie…
Z drugiej strony mamy naszych -set znajomych na Facebooku, z których każdego widujemy niemal na co dzień, ale by się naprawdę zobaczyć, pójść na spacer albo usiąść przy kawie lub piwie — nagłowić się nie sposób! Umawianie się trwa zwykle więcej niż samo spotkanie! „Wiesz co, krucho u mnie z czasem” — spróbuj to podważyć, a nie żyjesz. „Nie chce mi się”, a nawet: „Nie mam siły/kasy” — to wszystko da się przelicytować, to nie jest tłumaczenie. Ale brak czasu — to już poważne, przykre, współczucia godne. Absolutnie nie należy tego bagatelizować. Powinno się otoczyć podziwem i troską, a najlepiej zapewnić przyjemne sanatorium tym Bez Czasu. Męczennikom XXI wieku.

***

Szymborska napisze:
Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.
A ja, popędzona kolejnym SMS-em pomyślę, że fajnie byłoby kiedyś odmierzyć czas życiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz