czwartek, 10 marca 2011

Nordkalottruta. Arktycznym Szlakiem (Jakub Mikulski)

Kolejne stado reniferów podnosi głowy i spogląda na mnie nieufnym wzrokiem. Kiedy podchodzę bliżej, niespiesznie odbiegają od szlaku, kryjąc się za pobliskim wzgórzem. Patrzę za nimi przez chwilę i ruszam dalej, przez bezkres tundry. Krótko po południu po raz pierwszy błyska przede mną tafla jeziora Raisjavri. Jest schyłek sierpnia, za kręgiem polarnym dobiega końca krótkie lato. Minął tydzień, od kiedy wyruszyłem na Arktyczny Szlak.

Norwegia kusiła mnie już od dawna. Kraj fiordów, reniferów i zorzy polarnej wabił i urzekał niezwykłymi krajobrazami; kiedy zatem znajomi zaproponowali wspólną wyprawę w jej najwyższe góry, Jotunheimen (co znaczy Dom Olbrzymów), nie wahałem się długo. Niestety — obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi wziąć urlopu w lipcu, mogłem na niego liczyć dopiero miesiąc później. W wypadzie do Jotunheimen udziału wobec tego wziąć nie mogłem, ale pomysłu wyprawy na północ nie zarzuciłem. Zacząłem przyglądać się innym miejscom, które mogłyby stanowić potencjalny cel ekspedycji.

Na obszarze kontynentalnej Norwegii znajdują się 33 parki narodowe. Kolejne 7 parków zlokalizowanych jest w archipelagu Svalbard, obejmującym m.in. Spitsbergen — te wszakże dla samotnego podróżnika nie wchodziły w rachubę ze względu na nieprzyjazne warunki klimatyczne w końcu sierpnia (Svalbard leży pomiędzy 74 a 81 równoleżnikiem), trudności z organizacją transportu oraz zagrożenie ze strony niedźwiedzi polarnych. Z kolei parki Norwegii południowej, takie jak Rondane, Dovrefjell czy wspomniane już Jotunheimen, odrzuciłem jako skomercjalizowane i zbyt pełne turystów. Zależało mi na znalezieniu miejsca poza cywilizacją, w którym nie napotkam przepełnionych schronisk i gdzie naprawdę będę mógł docenić piękno otaczającego mnie kraju — wiedziałem zatem, że w tym celu muszę udać się daleko na północ, poza krąg polarny. Ostatecznie zdecydowałem się na założony w roku 1986 park narodowy rzeki Reisy.

Park ten leży na 69 równoleżniku i obejmuje powierzchnię 803 km2. W jego głębi leży jezioro Raisjavri, z którego rzeka Reisa bierze swój początek, by 120 km dalej znaleźć ujście w nadmorskim miasteczku Storslett. Granica parku to jednocześnie początek Nordkalottruty — liczącego 800 km szlaku turystycznego położonego w całości za kołem podbiegunowym, który, przecinając granice z Finlandią i Szwecją, kończy się w wiosce Sulitjelma. Mój cel: dotarcie ze Storslett do brzegów Raisjavri, a następnie powrót na wybrzeże tą samą trasą lub, o ile okaże się to możliwe, odejście na zachód, przez położone nad jeziorem Goulasjavri tereny hodowców reniferów. Czas przewidziany na ukończenie trasy: 15 dni.

Tygodnie przed podróżą upływają szybko. Weekendy spędzam z plecakiem w górach, powoli odzyskując kondycję po wiośnie spędzonej w większości przed ekranem komputera; pozostały czas wolny poświęcam na uzupełnianie sprzętu i planowanie szczegółów wyprawy. Nie dysponuję niestety mapą turystyczną okolic parku — jedyne wsparcie stanowią dla mnie Google Maps i kilka krótkich broszurek wyszperanych w Internecie. Wiem już, że przyjdzie mi spędzić około 10 dni poza cywilizacją, bez możliwości uzupełnienia zapasów żywności; odpowiednią ilość prowiantu muszę zatem zabrać ze sobą. Dietę opieram na muesli z mlekiem w proszku, makaronie i suszonym mięsie; do tego zapas sosów z torebki, czekolady i kilka porcji żywności liofilizowanej. Zapakowany na próbę plecak z przytroczonym namiotem stawiam na wadze — 27 kilogramów.

Piątek, 20 sierpnia — dzień odlotu. Szybką koleją docieram do Balic; punktualnie o 17.45 z pasa startowego podrywa się należący do Ryan Air Boeing 737. Dwie godziny później lądujemy w Rygge, gdzie witają nas zachmurzone niebo i padający deszcz. Ten nieduży port lotniczy leży 60 km na południe od Oslo i jest jednym z głównych węzłów transportowych dla operujących w tym kraju tanich linii lotniczych, Ryan Air i Norwegian. Na bagaże trzeba niestety poczekać blisko godzinę, ale w przeciwieństwie do większości pasażerów nie przejmuję się tym specjalnie — czasu mi nie brakuje, lot do Tromsø mam dopiero o 7.00 rano. W końcu na taśmie zaczynają się pojawiać kolejne walizki i plecaki — lokalizuję swoją Atacamę i bez dalszych formalności wychodzę do holu lotniska.

Przy planie budynku napotykam dwójkę Polaków, którzy przylecieli tym samym samolotem. Po zamienieniu kilku słów okazuje się, że Monika i Dominik również lecą do Tromsø, a w planach mają objechanie Skandynawii autostopem, od Lofotów po Helsinki. W trójkę zaczynamy szukać miejsca, w którym moglibyśmy się rozłożyć na noc. Obiecująco wyglądają ławki na piętrze przy przejściu do hali odlotów, niestety koło 23.00 pojawia się ochrona — piętro jest odgradzane na noc, musimy przenieść się na parter. Do 5.00 rano próbujemy drzemać, budzeni co jakiś czas przez komunikaty z głośników i pracujące wokół służby sprzątające.

Rano szybka toaleta, nadanie bagażu i odprawa na samolot; tym razem korzystamy z linii Norwegian. Po wejściu na pokład drobna niespodzianka — Boeing 737 jest prawie pusty, w mieszczącym ponad 100 osób wnętrzu odrzutowca siedzi ok. 20 pasażerów. Po starcie szybko z tego korzystamy, układając się wygodnie na fotelach i próbując nadrobić choć trochę straconego snu. Lot mija szybko, po niecałych dwóch godzinach schodzimy do lądowania w Tromsø, które wita nas bezchmurnym niebem i rześkimi 10°C.

To położone na wyspie Tromsøya miasto, którego historia sięga XIII wieku, liczy obecnie 65 000 mieszkańców i jest siódmym pod względem liczebności miastem Norwegii. Będąc bazą wypadową dla wielu ekspedycji polarnych przełomu wieków, zyskało sławę jako Wrota Arktyki — to stąd wyruszali na swoje wyprawy Fridtjof Nansen, Umberto Nobile i Roald Amundsen. Dziś Tromsø znane jest m.in. z posiadania najdalej na północ położonego uniwersytetu na świecie, podobnie jak z najbardziej „polarnego” ogrodu botanicznego, planetarium, a także... restauracji Burger King oraz browaru, czyli założonego w 1877 roku Mack Ølbryggeri.

Po odebraniu bagaży kierujemy się na przystanek. Wkrótce nadjeżdża autobus, którym przedostajemy się do centrum miasta. Pierwszy krok to znalezienie informacji turystycznej — Monika i Dominik chcą zlokalizować pole namiotowe, ja muszę dowiedzieć się, jaki autobus mógłby mnie zawieźć w stronę Storslett. Przy pomocy miejscowych trafiamy do informacji dość szybko; obsługa jest sympatyczna i pomocna, moim towarzyszom wskazuje kemping 2 km od centrum, a mnie autobus odjeżdżający o 4.00 po południu. Możemy też zostawić na przechowanie plecaki, z czego chętnie korzystamy, udając się na zwiedzanie miasta.

W rozrzuconych wśród kolorowych uliczek Tromsø księgarniach wypytuję o mapy Reisadalen. Wreszcie udaje mi się jedną dostać. Ruszając dalej, docieramy do mierzącego ponad kilometr mostu łączącego wyspę Tromsøya ze stałym lądem. Po drugiej stronie wita nas kanciasta bryła zbudowanej w 1965 roku Ishavskatedralen, czyli Katedry Arktycznego Morza. Stąd już niedaleko do podnóża Storsteinen, czyli wznoszącej się nad miastem na wysokość 421 m n.p.m. góry widokowej. Na szczyt udajemy się kolejką linową i po kilku minutach wkraczamy we fjell, czyli piętro roślinności alpejskiej położone nad linią drzew. Rozpościera się stąd panorama obejmująca całą wyspę, jak również położone dalej łańcuchy górskie — widok robi potężne wrażenie.

Po zjechaniu na dół czas się pożegnać z moimi towarzyszami. Życzymy sobie wzajemnie powodzenia, po czym kieruję się z powrotem do budynku informacji, kupując po drodze kartusze do palnika gazowego (nie wolno ich przewozić samolotem) i wstępując do supermarketu po chleb i owoce. Po odebraniu swojego plecaka ruszam w stronę położonego nieopodal dworca — autobus już czeka, więc ustawiam się w kolejce po bilet. Niestety transport w Norwegii nie jest tani — za 140 km trasy (w tym dwie przeprawy promowe: Breivikeidet-Svensby i Lyngseidet-Olderdalen) płacę 260 koron, czyli ponad 130 złotych. Przejażdżka jest jednak warta swojej ceny: wyrastające prosto z morza, ponadkilometrowe szczyty Alp Lyngeńskich, między którymi prowadzi droga, robią na mnie niesamowite wrażenie. Po trzech godzinach spektakularnej podróży docieram do Storslett. Pierwszy raz spoglądam na rzekę, wzdłuż której przyjdzie mi maszerować przez ponad tydzień. Jest już wieczór, więc wiem, że tego dnia daleko nie zajdę; wychodzę kilka kilometrów poza miasteczko i rozbijam namiot nad brzegiem Reisy.

Świt po bezchmurnej nocy jest zimny i wilgotny; nie zachęca do wygrzebania się ze śpiwora, więc zanim zjem śniadanie, zwinę namiot i spakuję plecak, jest już 10.00. Mam przed sobą dwa dni marszu wzdłuż zamieszkanej doliny, nim dotrę do granicy parku. Wzdłuż brzegów rzeki rozrzucone są gospodarstwa rolne i domki letniskowe. Po pokonaniu pierwszych 25 km rozbijam namiot nad jeziorem w pobliżu osady Sappen. Następnego dnia pogoda nieco się psuje, jednak przelotna mżawka nie przeszkadza w marszu. Około południa moje pierwsze spotkanie z reniferem — młodziak truchta powoli przez drogę, spogląda na mnie przeciągle i rusza wgłąb lasu. Lato dobiega końca, więc stada tych zwierząt migrują z wybrzeża w góry, gdzie spędzą zimę — wiem zatem, że jeszcze je na szlaku napotkam. O 16.00 mijam Bilto, czyli ostatnią osadę, do której sięga asfalt; stąd jeszcze kilka kilometrów szutrową drogą do Saraelv, gdzie rozpoczyna się Nordkalottruta. Krótko przed zachodem słońca docieram do granicy parku narodowego — to tu po raz pierwszy uderza mnie bijący z tego miejsca spokój. Reisa płynie tu leniwie, a skaliste zbocza wznoszą się kilkusetmetrowymi ścianami po obu stronach doliny. Po chwili odpoczynku ruszam dalej, chcąc dotrzeć do zaznaczonej na mapie chaty Seimmahytta; niestety, kiedy mi się to już udaje, okazuje się, że jest ona zamknięta na łańcuch i kłódkę, czeka mnie zatem kolejna noc w namiocie. Dochodzi 23.00, ramiona po ponad 12 godzinach marszu z ciężkim plecakiem palą żywym ogniem; ostatkiem sił rozbijam namiot i wpełzam do śpiwora.

Poranek jest znów słoneczny. Wiem, że na szlaku nie uda mi się utrzymać tempa, jakie wyrabiałem, idąc wzdłuż asfaltowej drogi — zwalone drzewa, wykroty i ścieżka zupełnie niekiedy znikająca w gąszczu paproci skutecznie tego dopilnują — więc jako cel obieram tego dnia niezbyt odległy szałas Voumadakkagammen. Udaje mi się do niego dotrzeć około 17.00. Tu mam nieco więcej szczęścia niż poprzednio: szałas jest otwarty, w środku stoją dwa zbite z desek łóżka, stół i żeliwny piecyk. Korzystając ze znalezionej wewnątrz siekiery, rąbię drwa; wkrótce w palenisku wesoło buzuje ogień, woda na herbatę zaczyna się gotować, a po kościach rozchodzi się przyjemne ciepło...

Wstaję rano, wypoczęty po nocy pod dachem. Celem na dziś jest Arthurgammen, czyli ostatni szałas przed Raisjavri, położony już na skraju tundry. Dystans na mapie wygląda na niewielki, jednak pokonanie go zajmuje mi zaskakująco dużo czasu. Pierwsze problemy pojawiają się na wysokości wodospadu Imofossen, gdzie opuszczam dno doliny i wspinam się na jej zbocza; brak oznaczenia szlaku powoduje, że przez dwie godziny błądzę wśród skał i rumowisk, usiłując odnaleźć właściwą ścieżkę. Udaje mi się to w końcu i dalszy marsz wynosi mnie na wysokość ok. 450 m n.p.m. Roślinność staje się bardziej surowa: bujne paprocie, którymi porośnięte było dno doliny, ustępują miejsca trawom i zagajnikom karłowatej brzozy. Około 19 docieram do potoku, nad którym powinien stać Arthurgammen — nie widać go jednak przy szlaku, poszukiwania zajmują mi kolejną godzinę. Odnajduję go w końcu na jednym z brzegów, jakieś 300 metrów w górę strumienia. Pulsująca bólem po 10 godzinach marszu kostka przesądza o przeznaczeniu następnego dnia na odpoczynek.

Do brzegów Raisjavri mam stąd ok. 20 km przez otwartą tundrę. Spędzając dzień na rąbaniu drewna, praniu ubrań i uzupełnianiu dziennika, podejmuję decyzję: najlepszą szansą na osiągnięcie celu jest teraz szybki marsz na lekko, dotarcie do Raisjavri wczesnym popołudniem i powrót do Arthurgammen tego samego dnia. Wieczorem pakuję plecak, odrzucając wszystko co nie jest absolutnie niezbędne — zabieram ubranie, prowiant na półtora dnia, apteczkę, latarkę i aparat fotograficzny. Resztę rzeczy pozostawiam w szałasie, kładąc na wierzchu kartkę z informacją, dokąd się udaję i kiedy planuję powrót.

Budzik dzwoni o 5.20, 10 minut później jestem już na szlaku. Tundra po bezchmurnej nocy jest zimna — termometr przy szałasie pokazuje -2°C — ale w marszu szybko się rozgrzewam. Krótko po 7.00 napotykam pierwsze stado reniferów; pasą się spokojnie tuż przy szlaku, lecz kiedy podchodzę bliżej, odbiegają. Uderza mnie ich majestat i surrealistyczna wręcz gracja, z jaką się poruszają. Surrealistyczny jest też sam marsz przez pustkowie tundry — kiedy wiatr cichnie, panująca wokół cisza wprost dzwoni w uszach. Wydeptana ścieżka miejscami znika, ustępując miejsca nienaruszonym polom traw, ale brak drzew, które ograniczałyby widoczność, sprawia, że bezdroża nie utrudniają marszruty. Przeszkodą są jedynie strumienie, które nie mając jasno zdefiniowanego koryta, rozlewają się w postaci trzęsawisk mających niekiedy po kilkaset metrów szerokości.

Około 13.00 po raz pierwszy ukazuje mi się tafla jeziora. Jeszcze pół godziny marszu i w końcu stoję na piaszczystym brzegu — dotarłem do celu wyprawy. Wychodzę na pobliskie wzniesienie, gdzie jem posiłek i pozwalam sobie na chwilę odpoczynku. W oddali widzę kilka stojących nad jeziorem chat, ale nie mam dość czasu, by przedzierać się przez kolejne trzęsawisko, które mnie od nich dzieli — przede mną jeszcze droga powrotna do Arthurgammen. Zmęczenie daje się we znaki, ale ostatecznie udaje mi się dotrzeć do szałasu o 20:40. Spuchnięta kostka promieniuje bólem — dzień jutrzejszy znów muszę przeznaczyć na odpoczynek.

Powrót do granicy parku zajmuje mi kolejne dwa dni. Pierwotny plan — odejście na zachód przez Goulasjavri i dotarcie do wybrzeża w Skibotn — okazuje się niewykonalny, strome ściany doliny są nie do pokonania bez sprzętu alpinistycznego, wracam więc tą samą trasą, którą tu dotarłem. Wchodząc na asfaltową drogę przy Bilto, decyduję się spróbować szczęścia autostopem. Szanse swoje oceniam wprawdzie marnie — wieczór, samotny facet pośrodku lasu, zarośnięty jak wilkołak po ponad tygodniu poza cywilizacją — ale kilka kilometrów i tak muszę jeszcze dziś przejść, a machanie na przejeżdżające raz na pół godziny samochody nie spowolni mnie zbytnio. O dziwo, już druga próba jest udana; za kierownicą niewielkiego jeepa siedzi kobieta około pięćdziesiątki, która podwozi mnie do Storslett. Jak się okazuje w rozmowie, jest reporterką lokalnej gazety; wraca właśnie z gór, gdzie zbierała materiały do artykułu o waśni pomiędzy dwoma klanami samickich pasterzy reniferów. Na pytanie, gdzie w Storslett można rozbić namiot, proponuje park miejski przy ujściu rzeki, tak zatem robię. Jest 22.30.

Następne trzy dni spędzam, przemieszczając się powoli w stronę Tromsø. Odwiedzam położoną na 70 równoleżniku wioskę Skjervoy, docierając do niej w strugach deszczu; spędzam noc w zrujnowanym budynku zbankrutowanej kawiarni w Lyngseidet; maszeruję brzegiem fiordu wśród niebotycznych szczytów Alp Lyngeńskich; przypatruję się wypływającym na połów rybakom z Breivikeidet; aż w końcu docieram do Tromsø, gdzie kolejne dwie noce spędzam na polu namiotowym. Pierwszy od dwóch tygodni gorący prysznic spłukuje ze mnie pot i kurz wędrówki. W mieście trwa właśnie festiwal muzyczny — gościem honorowym jest Ozzy Osbourne, więc na ciche i spokojne wieczory nie ma co liczyć. Po dwóch dniach wymeldowuję się z kempingu, ostatnią noc planuję spędzić na lotnisku. Niestety, po dotarciu na miejsce okazuje się, że cały budynek jest na noc zamykany. Niepewny swojego losu rozsiadam się w poczekalni — przed 23.00 pojawia się strażnik, ale rzuciwszy na mnie okiem, uśmiecha się tylko i stwierdza: „Otwieramy o 4.00”, po czym... zostawia mnie samego, zamykając na noc w holu lotniska.

Nad ranem faktycznie pojawia się kolejna zmiana ochrony, która ignoruje mnie zupełnie. We właściwym czasie odprawiam się na samolot do Rygge, gdzie później przesiadam się na lot do Balic. Około 16.00 wyglądam za okno — błękit Bałtyku pozostał za nami, jesteśmy już nad Polską. Jest niedziela, 5 września, siedemnasty dzień, od kiedy wyruszyłem z domu. Za kilka godzin wezmę gorący prysznic i wreszcie się ogolę; zasypiać będę we własnym łóżku, wiedząc, że ze snu wyrwie mnie budzik, a nie przeraźliwy chłód poranka; następnego dnia czas wracać do pracy...

Tylko czy w taki sposób da się jeszcze żyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz